“Skaldzi pytają zawsze o tego, kto zadał ostatni cios. My wiemy już lepiej — pytajmy, kto trzymał linię, gdy inni jeszcze walczyli.” — z pieśni skaldów Asaheim
Prolog — Świat, który już umarł
Nazywano go kiedyś Hveitgard — Białym Grodem — zanim jeszcze ktokolwiek pamiętał, dlaczego tak go nazwano. Śnieg padał tam od tysiąca lat bez przerwy, zasypując ulice miasta, którego mieszkańcy dawno już odeszli albo zginęli, zależnie od tego, komu wierzyć w ocalałych kronikach.
Miasto wciąż stało — wieże ze szarego kamienia, na wpół zawalone kopuły świątyń, ulice zasypane śniegiem tak głębokim, że tworzył własne wąwozy i doliny. Wiatr wył między ruinami dzień i noc, jakby sam świat opłakiwał coś, czego nikt już nie pamiętał.
Nikt by nie pomyślał, że o taki grób warto walczyć.
A jednak dwie floty zbliżały się do niego z przeciwnych stron nieba, każda z innym powodem, by uczynić z tego zamarzniętego cmentarzyska pole bitwy.
Zejście pierwsze — Wataha
Thunderhawki przecięły atmosferę Hveitgardu z hukiem, który na chwilę zagłuszył wycie wiatru. Wewnątrz jednego z nich Logan Grimnar stał w milczeniu, patrząc przez wizjer na białą pustkę pod sobą.
— Widzisz coś? — zapytał go jeden z Terminatorów, poprawiając uchwyt na swoim młocie.
— Ruiny — odparł Logan. — I coś, co się między nimi porusza. Zbyt wolno jak na żywych.
Arjac Rockfist, stojący obok niego, zacisnął dłoń na trzonku Foehammera.
— Zaraza — mruknął. — Czuć ją nawet stąd, przez kadłub statku.
W innym transporcie Ragnar Blackmane patrzył na swoich Grey Hunterów, sprawdzających broń w milczeniu, jakie zwykle poprzedza bitwę.
— Nie znamy tego miejsca — powiedział jeden z młodszych braci.
— Nikt go nie zna — odparł Ragnar. — To miejsce zapomniało samo siebie na długo przed naszym przybyciem. Dziś przypomnimy mu, kto jeszcze pamięta, jak walczyć.
Terminatorzy pojawili się w śniegu z trzaskiem teleporterów, wzbijając białe tumany wysoko w powietrze. Kawaleria pędziła już przez zaspy, łapy ich wilczych wierzchowców wzniecały fontanny śniegu, gdy zbliżali się do miejsca, gdzie mieli czekać na rozwój wydarzeń. Zwiadowcy zniknęli w ruinach, zanim ktokolwiek zdążył zauważyć, że w ogóle tam byli.
Bjorn Żelazna Dłoń wylądował ostatni, jego kroki wgniatały głębokie ślady w śniegu, który natychmiast zaczynał go pokrywać, jakby sama planeta próbowała go wchłonąć.
— Stary świat — powiedział do nikogo konkretnego. — Znam takie miejsca. Zawsze kończą tak samo — należą do tych, którzy zostają na nich dłużej.
Zejście drugie — Zaraza
Po drugiej stronie nieba, tam gdzie chmury miały barwę zgnilizny, statki Nurgle’a wtaczały się w atmosferę bez pośpiechu — nie musiały się spieszyć, bo czas zawsze pracował na ich korzyść.
Lord Zarazy Vornoth Bezlitosny stał na dziobie swojego okrętu, patrząc na białą planetę pod sobą z czymś, co u innego dowódcy można by nazwać czułością.
— Piękna — powiedział do swojego sztandarowego, Krethusa Zgniłorękiego. — Szkoda będzie ją zepsuć.
Krethus zaśmiał się chrapliwie, dźwiękiem, jaki wydaje coś, co dawno przestało potrzebować zdrowych płuc.
— Ojciec Zarazy nie każe nam oszczędzać piękna, panie. Każe nam je… udoskonalać.
Poniżej, w ładowniach okrętu, zastępy Poxwalkerów czekały w ciszy, poruszane wolą, której same nie rozumiały. Prowadził ich Herold Gulvane, niegdyś człowiek, dziś coś pomiędzy — wystarczająco żywy, by wydawać rozkazy, wystarczająco martwy, by nie bać się śmierci.
— Ruszą tam, gdzie im każę — powiedział do Krethusa. — A jeśli padną, cóż… będzie ich więcej.
Na drugim skrzydle floty inwazyjnej stał Mistrz Zarazy Tholben Cichy, dowodzący ciężką piechotą, której zadaniem było zdobyć i utrzymać najdalszy skraj miasta.
— Widziałem takie zejścia setki razy — powiedział do swoich Plague Marines. — Wróg zawsze przychodzi szybko i głośno. My przychodzimy powoli. I to my zawsze zostajemy na końcu.
Sam Vornoth zszedł na planetę ostatni, otoczony obstawą Terminatorów Zarazy, których zadaniem było uderzyć tam, gdzie opór okaże się najsilniejszy.
— Znajdźcie ich serce — rozkazał. — I zgnijcie je od środka.
Pierwszy kontakt
Śnieg między ruinami stał się polem, na którym miały się spotkać dwie filozofie wojny — jedna wierząca w szybkość i precyzję, druga w nieuchronność i cierpliwość gorszą niż sama śmierć.
Logan patrzył na rozstawienie wroga z ukrycia, licząc w myślach to, co należało policzyć.
— Podzielili się — powiedział w końcu. — Tholben wziął naszą lewą flankę. Gulvane poszedł tam, gdzie zostawiliśmy zwiadowców.
— Przynętę — poprawił go cicho jeden z Terminatorów.
Logan skinął głową.
— Zobaczmy, czy skusi się na nią do końca.
Pierwsza fala — upadek Tholbena
Terminatorzy zeszli na lewą flankę bez wahania — nie dlatego, że brakowało im ostrożności, lecz dlatego, że policzyli dokładnie to, co należało policzyć. Wróg sam podzielił swoje siły. Za plecami czekał Brutalis, a kawaleria już szykowała się do biegu, gdyby coś poszło źle.
Arjac Rockfist szedł na czele, Foehammer spoczywał w jego dłoniach z ciężarem, który dla innych byłby brzemieniem, a dla niego był tylko przedłużeniem własnej woli.
— Trzymajcie formację — powiedział do braci. — Uderzymy raz, ale uderzymy wszyscy razem.
Tholben Cichy zobaczył ich nadejście i, wbrew swojemu imieniu, krzyknął rozkaz do swoich Plague Marines.
— Trzymać linię! Nie ma dokąd uciekać, więc i nie próbujcie!
Nie było długiej wymiany zdań. Nie było czasu na nią.
Młoty i topory uderzyły jednym ruchem, tak zgranym, że wyglądało to bardziej jak jeden cios wielkiego zwierzęcia niż dziesięciu osobnych wojowników. Tholben zdołał unieść broń raz, zanim Foehammer roztrzaskał to, co zostało z jego hełmu razem z tym, co było pod nim.
Piechota, przyzwyczajona do tego, że jej powolna, nieuchronna śmierć jest bronią samą w sobie, nie zdążyła nawet poczuć, że tym razem role się odwróciły.
Gdy kurz opadł, po całej flance Tholbena nie zostało nic prócz cichnącego bulgotu gnijącej krwi wsiąkającej w śnieg.
Terminatorzy stanęli na zdobytym gruncie, związując całą flankę wroga jednym uderzeniem.
Cena środka — Herold Gulvane
Na środku pola bitwy czekały zastępy Gulvane’a — Poxwalkerzy, wleczeni naprzód wolą, jakiej żaden żywy żołnierz by nie zniósł, a sam Herold obserwował z tyłu, nie kwapiąc się do walki, którą uważał za poniżej swojej godności.
Ragnar patrzył na nadciągającą masę z Grey Hunterami u boku.
— Nie zabijemy ich wszystkich za jednym zamachem — powiedział jeden z braci.
— Nie musimy — odparł Ragnar. — Musimy tylko nie oddać im tego miejsca.
Szarża nie poszła tak, jak planowali. Los bywa okrutny nawet dla tych, którzy dobrze planują — garstka Poxwalkerów przetrwała tam, gdzie powinno paść wszystko. Ale Ragnar nie cofnął się w głąb ruin, chowając się razem z resztą oddziału, mimo że wiedział, jaką cenę przyjdzie za to zapłacić.
Bo liczyła się nie ta walka.
Liczyło się to, co ta walka kupowała: blokadę środka i czas, którego potrzebowali bracia walczący po drugiej stronie pola.
Gulvane, widząc, że jego zastępy nie ustępują, roześmiał się z tylnych szeregów.
— Niech giną. Mam ich więcej, niż ty masz cierpliwości, Wilku.
Dwa uderzenia z nieba
Vornoth, widząc, że jego plan zaczyna się rozpadać, wysłał w bój swoją ostatnią, najcenniejszą kartę — dwa zastępy własnych Terminatorów Zarazy, spadające z nieba jak dwa groty jednej, rozdwojonej włóczni.
Jeden runął na Ragnara, niosąc ze sobą ogień, jakiego zwykła piechota nie mogłaby udźwignąć. Drugi runął na wataszych braci w szarych pancerzach, próbując odwrócić to, co stało się na lewej flance.
Ragnar stał sam w ruinach, gdy płomienie ogarnęły kamienie wokół niego.
Przetrwał — nie dlatego, że ogień go oszczędził, lecz dlatego, że stara sztuczka watahy, cofnięcie się o krok w idealnym momencie, odebrała wrogowi możliwość dosięgnięcia go po raz drugi.
Po drugiej stronie pola Terminatorzy watahy przyjęli desperacki atak wroga tak, jak przyjmuje się falę uderzającą o skałę — nieporuszeni, prawie bez strat, podczas gdy napastnicy roztrzaskiwali się o ich pancerze. Arjac stał pośrodku tej ściany, Foehammer w jego rękach wciąż ociekał tym, co zostało z ludzi Tholbena, a teraz szukał kolejnego celu.
— Za wolno przyszli — mruknął jeden z braci, otrzepując pył z naramiennika, na którym nie było nawet rysy.
Stary Wilk i Krethus Zgniłoręki
Podczas gdy uwaga wroga skupiła się na środku i lewej flance, coś poruszyło się tam, gdzie nikt się tego nie spodziewał.
Logan Grimnar, który przez większą część bitwy wydawał się jedynie milczącym obserwatorem, zniknął z pola widzenia w jednej chwili, by pojawić się w następnej dokładnie tam, gdzie Vornoth zostawił swój sztandar pod strażą jednego, zbyt pewnego siebie strażnika.
Krethus Zgniłoręki, sztandarowy Lorda Zarazy, odwrócił się o ułamek sekundy za późno, by w ogóle zrozumieć, co się dzieje.
— Ty nie powinieneś tu być — zdążył wychrypieć.
— A jednak jestem — odparł Logan, i Axe Morkai przecięło powietrze raz, wystarczająco, by zamknąć tę rozmowę na zawsze.
Nie było długiej walki. Nie było nawet walki, jaką dałoby się tak nazwać.
Był tylko stary Wilk, stojący samotnie na cudzym terytorium, z ciałem strażnika u stóp, i cisza, która mówiła więcej niż jakikolwiek okrzyk triumfu.
— Nikt nie zauważył, kiedy zniknąłem — powiedział później, gdy bitwa dobiegała końca. — To było najlepsze, co mogłem zrobić.
Reszta watahy
Bjorn nie ruszył się z domowych rubieży przez całą bitwę, ale jego obecność była czymś więcej niż tylko obroną. Każda chwila, w której stał, karmiła watahę zapasem mocy, z którego korzystali bracia po drugiej stronie pola — powrót Logana, ponowne uderzenie w miejscu, gdzie było to najbardziej potrzebne.
Ballistus, ukryty na uboczu, zbierał żniwo cierpliwie, jedna po drugiej strącając z nieba maszyny wroga, które miały nieść śmierć wataszym braciom. Headtakers stali przy bramie do domu, nie dlatego że musieli walczyć, lecz dlatego że sama ich obecność mówiła wrogowi: tędy droga zamknięta.
Kawaleria, oszczędzona od pierwszej chwili bitwy, czekała cierpliwie na moment, w którym jej rola będzie miała największe znaczenie — a gdy Terminatorzy ruszyli w końcu ku środkowi, to właśnie ona przejęła po nich każdy skrawek ziemi, który zdążyli już podbić.
Ostatnie dni zarazy
Grey Hunterzy padali jeden po drugim wokół Ragnara, aż nie został nikt, kto mógłby osłonić go przed tym, co jeszcze nadchodziło. On sam nie cofnął się ani o krok. Walczył dalej, sam pośród ruin, otoczony przez to, co zostało z zastępów Gulvane’a, wiedząc, że to tylko kwestia czasu, zanim i on dołączy do poległych braci.
I właśnie wtedy, gdy miał paść jako ostatni z całej tej linii, nadeszli Terminatorzy.
Nie zdążyli, by go ocalić — Ragnar nie potrzebował ocalenia. Zdążyli, by dokończyć to, na co on sam nie miał już siły. Arjac wszedł na środek pola jako ostatni z całej watahy, gdy wszyscy inni już zapłacili swoją cenę, i to jemu przypadło zamknięcie tego, co Ragnar i jego bracia otworzyli własną krwią. Herold Gulvane, który do tej pory obserwował z bezpiecznej odległości, nie zdążył nawet uciec, gdy Foehammer dosięgnął go pośród resztek jego własnych, poległych sług.
Ci, którzy znali Ragnara dłużej, wiedzieli, że jego upadek nie był końcem. Jarl watahy padał już wcześniej, więcej razy, niż ktokolwiek zdołał zliczyć, i za każdym razem powracał, by prowadzić braci od nowa. Tego dnia jednak, zanim padł, zabrał ze sobą niemal wszystko, co pozostało z zastępów Gulvane’a — a to, co po nim zostało niedokończone, dokończyli ci, którzy przyszli jako ostatni.
Vornoth Bezlitosny, patrząc z daleka, jak jego plan rozpada się warstwa po warstwie — Tholben martwy, Gulvane martwy, Krethus martwy, jego własne Terminatory roztrzaskane o ścianę, która nie chciała ustąpić — cofnął się w końcu w głąb ruin, zabierając ze sobą tylko garstkę tych, którzy jeszcze potrafili iść.
Gdy ucichły ostatnie odgłosy walki, wataha trzymała niemal całe to zamarznięte miasto. Zaraza, która przybyła, by je udoskonalić, odeszła stamtąd okaleczona bardziej, niż sama kiedykolwiek zdołała okaleczyć cokolwiek żywego.
Rozmowa przy ognisku
Wieczorem, gdy ktoś z drużyny zapytał, kto tego dnia zasłużył na największą chwałę, odpowiedź nie była prosta.
— Terminatorzy zrobili najwięcej — powiedział ktoś. — Zdobyli teren, wyczyścili wroga, zdominowali środek. Arjac prowadził ich od pierwszego uderzenia do ostatniego kroku.
— To prawda — odparł inny głos. — Ale Logan ukradł życie sztandarowemu Vornotha, gdy nikt nie patrzył. Ragnar i Grey Hunterzy trzymali środek, aż Terminatorzy zdążyli tam dotrzeć. Bjorn karmił watahę mocą, której nikt nie widział, dopóki nie okazała się potrzebna. Ballistus strącał z nieba to, co miało nadejść.
Logan, który słuchał tego w milczeniu, odezwał się w końcu.
— Nikt nie wygrał tej bitwy sam. Zapytajcie lepiej, kto nie zawiódł na swoim miejscu. Wtedy zrozumiecie, dlaczego wataha wciąż stoi na tym białym mieście, a zaraza już nie.
Rachunek skaldów
Później, gdy wieść o bitwie rozeszła się między innymi kompaniami, jeden ze skaldów innej watahy policzył, ilu wrogów legło pod młotami i toporami samego Arjaca i jego braci — od pierwszego uderzenia na flance Tholbena po ostatni krok na środku pola, gdzie padł Gulvane.
Liczba, którą podał, była tak wielka, że przez chwilę przy ognisku zapadła cisza.
— To niemal cała armia zarazy — powiedział z podziwem. — Sami, w pojedynkę, złamali jej kręgosłup.
Logan, który tego dnia patrzył, jak jeden z najbliższych mu braci pada na polu bitwy, pokręcił głową, słysząc te słowa.
— Nie w pojedynkę — powiedział. — Brutalis nadbiegł, zanim zdołali ich otoczyć. Jeźdźcy przejmowali każdy skrawek ziemi, który zdobywali, żeby oni sami mogli iść dalej, zamiast go pilnować. A zanim dotarli na środek, ten grunt był już przesiąknięty krwią Ragnara i jego braci, którzy trzymali go tak długo, aż nie zostało tam nic prócz resztek do dobicia. Ragnar padł, zanim jeszcze Arjac dotarł na miejsce — a Jarlowie tej watahy padali już wcześniej i zawsze powracali, by prowadzić nas dalej.
Skald zmarszczył brwi, jakby to psuło opowieść, którą już zaczął układać w głowie.
— Więc kto zasługuje na pieśń?
Logan spojrzał w stronę Arjaca, który stał w milczeniu z dala od ogniska, czyszcząc głowicę swojego młota tak, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.
— Wszyscy — odparł. — Bo najsilniejszy z wilków może zadać najgłośniejszy cios tylko wtedy, gdy reszta watahy zrobiła swoje, nawet jeśli któryś padł, zanim on w ogóle podniósł broń. A ci, którzy padają dla watahy, zawsze powracają, by polować dalej.
Koniec pieśni
“Bo na Fenrisie mówi się, że samotny wilk może zabić zdobycz. Lecz tylko wataha potrafi wygrać polowanie.”
