Lodowy wiatr zawodził niczym duchy poległych, niosąc ze sobą popiół dawnych bitew i zapowiedź nadchodzącej zagłady. Planeta Wraith — zapomniana przez światło Imperium, skute lodem pustkowie — stała się areną, na której losy honoru i zepsucia miały się raz jeszcze skrzyżować.
Na horyzoncie, pośród burz śnieżnych, majaczyły sylwetki kolosów w błękicie i szarości. Ultramarines, dumni synowie Guillimana, stali niewzruszeni niczym marmurowe posągi, ich dyscyplina była tarczą przeciw chaosowi. U ich boku, niczym wilki gotowe do skoku, Space Wolves warczeli w oczekiwaniu na bitwę — dzicy, nieokiełznani, spragnieni krwi wrogów Imperium. Dwa rozdziały, dwa oblicza wojny, zjednoczone jednym celem: powstrzymać nadciągającą zarazę.
A ta już nadchodziła.
Z mgły, ciężkiej od smrodu rozkładu, wyłaniały się sylwetki Death Guard. Ich pancerze, przeżarte rdzą i plugastwem, pulsowały chorobliwym życiem. Każdy krok zostawiał po sobie ślad gnicia, każdy oddech zatruwał powietrze. W ich szeregach nie było strachu — tylko nieśmiertelna cierpliwość i pewność, że wszystko, co żyje, w końcu zgnije.
Lód pod stopami lojalistów pękał, jakby sama planeta nie chciała być świadkiem tego starcia.
Rozległ się huk pierwszych bolterów.
To nie była zwykła bitwa.
To była próba wytrzymałości przeciw nieuchronnemu rozkładowi.
To był moment, w którym stalowa wola Imperium miała zmierzyć się z wieczną zarazą Chaosu.
Na Kharon IX nie będzie zwycięzców — będą tylko ci, którzy przetrwają wystarczająco długo, by opowiedzieć o tej rzezi.
Albo ci, którzy staną się jej częścią na zawsze.

Pierwszy do boju ruszył Marneus Calgar — niczym żywa legenda, nieustraszony i niewzruszony.
— „Za Ultramar! Naprzód, bracia!”
Uderzył w nadciągające szeregi Death Guard z siłą burzy, zatrzymując ich pierwsze natarcie. Lecz nawet jego potęga nie mogła powstrzymać niekończącej się zarazy. Z mgły odpowiedział mu chory, metaliczny szept:
— „Wszyscy jesteście już martwi… tylko jeszcze o tym nie wiecie.”
Grad ciężkiego ostrzału rozdarł jego pancerz. Calgar poległ, a jego ciało zniknęło w śniegu i ogniu.
Widząc jego upadek, Space Wolves rzucili się w wir walki z dziką furią.
— „Pomścimy go! Na nich!”
Ich ryk niósł się przez zamieć, lecz wróg nie znał strachu ani zmęczenia. Death Guard zaczęli zaciskać pierścień wokół sił Imperium. Nad polem bitwy unosiły się plugawe drony, siejąc śmierć.
— „Te maszyny… nie padają!”
Gdy linie Imperium zaczęły się załamywać, a skażone legiony Chaosu wdzierały się coraz głębiej, pojawiła się iskra nadziei.
Z gromkim hukiem teleportacji na pole bitwy wkroczyli Wolf Guard Terminators pod wodzą Arjaca Rockfista.
— „Wilcza Gwardia! Za mną — rozbijemy ich linię!”
Wspierani przez lekką piechotę Ultramarines, uderzyli niczym młot samego Imperatora. Ich kontratak był brutalny i skuteczny — Death Guard zostali odepchnięci, a centrum pola walki na krótki czas powróciło w ręce lojalistów.
— „Jeszcze stoimy! Nie oddamy tej ziemi!”
Lecz była to tylko chwila wytchnienia.
Z głębin zatrutej mgły nadciągnęły kolejne fale — ciężkie czołgi plagi i nieustępliwe drony.
— „Napór rośnie… nie utrzymamy tego!”
Jeden po drugim, oddziały Ultramarines i Space Wolves padały pod ciężarem nieśmiertelnej zarazy.
Ostatecznie, gdy bitwa była już przegrana, Arjac Rockfist stanął jako ostatni bastion.
— „Wycofywać się! To rozkaz — ja ich zatrzymam!”
— „Panie, zostaniemy z tobą!”
— „Nie. Fenris będzie was jeszcze potrzebował.”
Niezłomny jak skała, osłaniał odwrót resztek sił Imperium, walcząc do samego końca pośród lodu i zgnilizny.
Gdy ucichły ostatnie strzały, świat Wraith należał już do Death Guard.
Lód został splugawiony.
Powietrze zatrute.
Z oddali, przez trzaski voxów, niósł się ostatni szept:
— „Kolejny świat przyjęty przez zarazę…”
Zwycięstwo Chaosu było pełne.
Imperium — złamane, lecz niepokonane na zawsze.


