Tag: AgeOfSigmar

  • Cena Aetheru

    Cena Aetheru

    Śnieg skrzypiał pod stalowymi podeszwami, gdy oddział ekspedycyjny Kharadron Overlords zagłębiał się w milczące ostępy północnych borów. Nad kolumną unosił się cichy pomruk eterycznych silników, a powietrze pachniało ozonem i olejem maszynowym. Główny inżynier Brok Grungsson, okutany w ciężki płaszcz z futra lodowego bestiariusza, studiował wskazania aethermetru, którego igła drżała niespokojnie. Obok niego kroczył admirał floty Dhorvald Skyrik, o spojrzeniu twardym jak hartowana stal i dłoni spoczywającej na rękojeści pistoletu burzowego. Ich cel był prosty — odnaleźć złoża surowego Aetheru, zanim uczynią to inni. Lecz las nie był martwy, jak zakładali. Był czujny. Najpierw przyszła cisza. Ptaki zamilkły, wiatr opadł, a śnieg przestał padać, jakby samo niebo wstrzymało oddech. Potem ziemia zadrżała. Z gęstwiny wysunęły się postacie utkane z kory, cierni i lodowych porostów. Sylvaneth. Wybudzeni z zimowego snu, ich oczy jarzyły się bladą zielenią gniewu. Na ich czele stała leśna wiedźma Lirael Koronakory, jej włosy splecione z gałązek jałowca i lodowych kryształów. U jej boku wyrastał niczym pradawny dąb Thar-Druun, Duch Durthu, kolos z pnia i kamienia, którego kroki kruszyły zmarzniętą ziemię. — To ziemia korzeni, nie trybów — przemówiła Lirael głosem szeleszczącym jak liście pod śniegiem. Brok uniósł aethermetr, którego wskazówka oszalała, wirując w szklanej kopule. Pod lodem, pod korzeniami, pod samym sercem lasu… tam było to, czego szukali. Dhorvald Skyrik uśmiechnął się cienko. — Panowie — rzekł do swoich ludzi, odbezpieczając broń — wygląda na to, że negocjacje właśnie się zakorzeniły. Między stalą a drewnem zawisła cisza przed burzą. Wkrótce miała zostać rozszarpana hukiem strzałów, trzaskiem łamanych konarów i rykiem pradawnej natury broniącej swego serca.

    Bitwa trwała długo — zbyt długo, jak na starcie stali z korzeniem i prochu z pradawną żywicą. Las ryczał. Ziemia pękała. Aetherowe wyładowania rozdzierały powietrze niczym błyskawice schwytane w klatkę z mosiądzu. Oddział Kharadron walczył jak przystało na synów nieba i kuźni. Salwy z aetherstrzelb pruły pnie, świdry parowe rozrywały splątane korzenie, a Brok Grungsson, z twarzą osmaloną sadzą i krwią, własnoręcznie stabilizował pękający ekstraktor, gdy wokół niego roztrzaskiwały się konary wielkie jak maszty okrętów. Każdy krok naprzód okupiony był krzykiem, każda bryła wydobytego surowca — kolejnym poległym. Sylvaneth nie ustępowały. Ich gniew był powolny, lecz niepowstrzymany. Lirael Koronakory przyzywała zamarznięte ciernie z ziemi, a Thar-Druun roztrzaskiwał linie krasnali jak wichura łamiąca młode drzewa. Gdy wydawało się, że los starcia wreszcie przechyli się na stronę najeźdźców, sam las odpowiedział. Z rozwartej szczeliny ziemi wyłoniła się manifestacja gniewu natury — upiorne drzewo, istota z czarnej kory i pulsującej zielonej poświaty, jakby sam duch puszczy przybrał cielesną formę. Nim ktokolwiek zdołał zareagować, potężne konary owinęły się wokół admirała Dhorvalda Skyirika. Jego ostatni rozkaz zagłuszył trzask łamanej zbroi. W jednej chwili został wciągnięty w rozwartą paszczę z drzazg i żywicy — pożarty, jakby nigdy nie istniał.

    To właśnie wtedy Brok wydał rozkaz odwrotu. Ostatni ładunek Aetheru został zaryglowany w ładowni fregaty, gdy ocalała garstka krasnali cofała się pod gradobiciem cierni i ciosów korzeni. Silniki ryknęły, kadłub zadrżał, a stalowe kotwice wyrwały się z lodowej ziemi. Sylvaneth rzuciły się w pościg — gałęzie chwytały relingi, korzenie oplatały śruby napędowe — lecz maszyna była szybsza. Z hukiem wystrzeliła ku niebu, strącając z kadłuba ostatnie próbujące się wspiąć duchy lasu. Gdy fregata przebiła się przez chmury, na pokładzie panowała cisza cięższa niż ołów. Ładownie były pełne. Szeregi — prawie puste. Brok Grungsson stał samotnie przy burcie, patrząc na znikający pod nimi biały bezkres lasu.

    Aether zdobyto.

    Zysk odnotowano.

    Straty… nie do wyliczenia.