Relacja zapisana w zakazanych księgach Ordo Malleus
Niebo nad bezimienną planetą płonęło barwami oszalałego empyreanu, gdy Grey Knights wkroczyli do ruin. Każdy z nich był żywą relikwią — wojownikiem, który przeżył rzeczy, o jakich inni mogli jedynie szeptać w modlitwach. Terminatorzy tworzyli zwarty klin, a ich obecność stabilizowała rzeczywistość; warp cofał się tam, gdzie stawiali kroki.
Thousand Sons obserwowali ich w ciszy. Synowie Prospera wiedzieli, że nie mierzą się z byle przeciwnikiem. Każdy czar musiał być wzmocniony, każdy ruch przemyślany — bo Grey Knights nie tylko walczyli z demonami.
Oni im zaprzeczali.
Pierwsze starcie było brutalne. Psybolty rozrywały rubrycznych marines, a srebrne ostrza paliły esencję warp niczym kwas. Grey Knights parli naprzód, łamiąc zaklęcia siłą wiary i dyscypliny. Przez chwilę wydawało się, że to Imperium odzyska inicjatywę — linia Thousand Sons zachwiała się, a kilku czarnoksiężników zostało zmuszonych do przerwania inkantacji.
W samym centrum bitwy brat-kapitan Grey Knights stanął naprzeciw mistrza kultu. Ich starcie było czymś więcej niż pojedynkiem — było zderzeniem doktryny z herezją. Każde uderzenie halabardy było modlitwą, każdy kontratak czarownika — bluźnierstwem. Gdy czarnoksiężnik upadł, jego śmierć rozdarła rytuał i na moment… empyrean ucichł.
To był ten moment.
Grey Knights poczuli go wszyscy.
Terminatorzy ruszyli, jakby prowadzili ich sami Prymarchowie. Była to szarża czystej wiary — nie desperacka, lecz odważna. Ostatni akt ofensywy, który mógł roztrzaskać serce heretyckiej armii. Thousand Sons cofnęli się o krok, a nawet oni — mistrzowie przeznaczenia — dostrzegli zagrożenie.
I właśnie dlatego Tzeentch zainterweniował.
Nie poprzez kaprys losu, lecz poprzez subtelną zmianę rzeczywistości. Czas rozciągnął się jak płótno, odległości zdradziły ludzką percepcję, a grunt pod stopami Terminatorów zapłonął runami sprzed Dziesięciu Tysięcy Lat. Grey Knights parli dalej mimo to — ranni, spowalniani, ostrzeliwani — i dotarli tam, gdzie żaden inny rozdział by nie dotarł.
Nie złamali się.
Po prostu nie zdążyli.
Kontratak Thousand Sons był bezlitosny, ale nie triumfalny. Każdy poległy Grey Knight zabierał ze sobą heretyka, demona albo fragment rytuału. Bitwa zmieniła się w walkę na wyniszczenie, a Imperium przegrywało ją centymetr po centymetrze, nigdy duchem.
Gdy kurz opadł, Thousand Sons stali na polu bitwy jako zwycięzcy. Lecz ich zwycięstwo było chłodne, wyrachowane i… niepełne. Rytuał został osłabiony, artefakty uszkodzone, a przyszłe wizje zamglone.
Grey Knights odeszli lub polegli, lecz pozostawili po sobie coś groźniejszego niż porażkę.
Wątpliwość.
Bo jeśli nawet oni — najczystsi z czystych — mogli zajść tak daleko, to następnym razem los może nie być już tak łaskawy dla Synów Prospera.
